Są w życiu takie momenty, gdy potrzebuję się przemieścić. Taka sytuacja przydarzyła się także i mnie, gdy zaszła potrzeba znalezienia się w Gdańsku, ale tylko w jedną stronę, gdyż powrót już zaplanowany na kołach. Podróż z Warszawy do Gdańska można pokonać na wiele sposobów, choćby pendolino czy samolotem. To już nie te czasu, gdy można było za 9 zł polecieć na plażę w Jelitkowie na lody Ryanairem i wrócić na kolację, ale i LOT potrafi być konkurencyjny cenowo do PKP pendolino, choć czasowo już niekoniecznie.

Po raz pierwszy od kilku lat zdarzyła się niedawno sytuacja, w której po odbyciu wszystkich wycieczek nie miałem nic kupionego naprzód. Niby zwyczajna sprawa, ale jednak odczuwałem pewien niepokój, przeczuwałem, że coś jest nie do końca tak. Zapadła zatem decyzja, do Gdańska udam się samolotem.

Po przeanalizowaniu dostępnych możliwości oraz wydębieniu dodatkowego zakiszonego dnia wolnego (sam nie wiem jak to nadal możliwe w tym roku) udało mi się zakupić bilety na następujące połączenie do Trójmiasta. Jako zwolennik prostych, możliwie nieskomplikowanych rozwiązań, oto co znalazłem:

  • WAW-LYS: Warszawa – Lyon (Wizzair)
  • LYS-TLS: Lyon – Tuluza (Easyjet)
  • TLS-STN: Tuluza – Londyn Stansted (Ryanair)
  • STN-LTN: transfer autobusem na drugie lotnisko…
  • LTN-GDN: Londyn Luton – Gdańsk (Wizzair)

No a skoro już akurat i tak będę w Tuluzie, to całkiem po drodze znajduje się tam matecznik Airbusa wraz z muzeum, które po drodze można będzie zwiedzić – grzechem byłoby nie skorzystać z okazji!

Poranek 5 września zaczął się dla mnie wyjątkowo wcześnie. Samolot odlatuje już o 6:50, więc tak ok. 5 rano już jest najwyższa pora na wyjście z domu (mieszkam całkiem niedaleko od lotniska). Dystans 8 km na lotnisko pod sam terminal odlotów pokonałem w 13 minut samochodem na minuty firmy Panek, za niecałe 12 zł. To jest naprawdę rewolucyjna usługa, gorąco polecam spróbować!

Pytanie za 100 punktów, którym przyjechałem?

Ostatnio dużo szumu wywołała informacja, że bagaż podręczny (tylko z takim podróżuje każdy szanujący się globtroter, wszelkiego rodzaju dopłaty są niezgodne z moją klauzulą sumienia) trzeba nadawać przy odprawie. Nie jest to dobra informacja, gdyż znacznie wydłuża czas niezbędny do spędzenia na lotnisku oraz utrudnia przesiadki. Z daleka widzę, że do kilku okienek jest ogromna kolejka, a do pozostałych brak – to od razu wiedziałem, że to Wizzair. Po odstaniu swojego (w międzyczasie z kolejki wywoływani byli pasażerowie wcześniejszych lotów) dowiedziałem się, że jednak plecak jest OK i mogę iść z nim od razu do samolotu. Ubogacony kulturowo tą informacją udałem się do kontroli bezpieczeństwa, a następnie po odstaniu swojego tu i tam, w końcu znalazłem się w samolocie.

Był to prawdoodobnie pierwszy lot tego dnia, więc załoga wyglądała na niezmęczoną, w przeciwieństwie do mnie. W zasadzie to dwa poprzedzające dni spędzilem na zwolnieniu lekarskim z powodu przeziębienia – a chodzę na zwolnienia wyjątkowo rzadko… W każdym razie za każdym razem jestem pod wrażeniem, jakim sposobem piękne stewardessy Wizzair są w stanie tak dobrze wyglądać o tak barbarzyńskiej porze.

Podróż minęła spokojnie i punktualnie. Na przesiadkę w Lyonie miałem dwie godziny, czyli zupełnie bezpiecznie jak na europejskie połączenie. Założyłem, że nie jest to największe miasto we Francji, to i lotnisko nie powinno być zbyt duże, a kto wie, może nawet przyloty i odloty będą jedną halą, więc błyskawicznie dotrę do bramki i ominę kontrolę bezpieczeństwa (kolejna z zalet podróżowania wyłacznie z plecaczkiem). Co ciekawe, we Francji jest zakaz używania telefonów nie tylko w samolocie, ale także i w czasie wysiadania z niego – można je dopiero włączyć dopiero po wejściu do terminala.

Niestety, przesiadka nie była tak błyskawiczna. Francja, mimo że jest członkiem strefy Schengen, przywróciła tymczasowo kontrole na swoich granicach z powodu zagrożenia terrorystycznego. Na cały samolot wyasygnowano tylko dwóch funkcjonariuszy, którzy albo zanadto się nie spieszyli, albo ich systemy nie działały zbyt szybko Nie było także bramek elektronicznych, jak np. w Wielkiej Brytanii, pozwalające na ominięcie kolejki z paszportem biometrycznym. Straciłem tam dobre 40 min. Drogowskazy prowadzące do transferu wskazały w rezultacie drogę do wyjścia – musiałem więc ponownie przejść całą procedurę kontroli, by w końcu dotrzeć do oddalonej części D terminala, skąd lata Easyjet. Co ciekawe, przechodzi się do niej tunelem podziemnym pod płytą postojową dla samolotów. Z dwóch godzin zapasu, czekałem może 15 minut przy bramce.

Gdzieś pomiędzy Lyonem a Tuluzą

Lot do Tuluzy zaplanowany na godzinę i pięć minut niewielkim Airbusem A319-200 minął bez przygód. Był to mój pierwszy lot Easyjetem, niestety w kieszeniach foteli nie było toreb chorobowych przewoźnika, którymi mógłbym wzbogacić swoją kolekcję. Samolot był wypełniony może w 60% – ponoć Easyjet uchodzi za nieco mniej radykalnego taniego przewoźnika, co też się odbija w wyższej cenie biletów.

Lotnisko w Tuluzie ma długi pas startowy i wiele odnóg. Jest w całości otoczone fabrykami Airbusa. W trakcie lądowania udało mi się zobaczyć parkującą Belugę, czyli wielki samolot transportowy do przewożenia elementów innych samolotów.

Dwa ogromne transportowe Airbusy Beluga widziane z okna samolotu

Wyszedłem z terminala. Moja podróż do Gdańska okazała się na tyle długa, że wymagała noclegu. Ten zarezerwowałem w hotelu Formule 1 – znana w Europie Zachodniej sieć modułowych tanich hotelików jednogwiazdkowych. Luksusów nie ma, ale jest czysto i schludnie, a niczego więcej mi nie potrzeba. Do niektórych w godzinach nocnych można się także samodzielnie zameldować używając karty kredytowej. Hotel jest blisko lotniska, dwa przystanki tramwajem lub 20 minut pieszo. Polecam pieszo, bo z tramwaju tez trzeba sporo przejść.

Wiedząc jak wygląda hotel F1 w Blagnac, będziesz wiedział, jak wygląda każdy inny

Zostawiwszy swój niewielki bagaż udałem się na poszukiwania mojego celu podróży. Na godz. 16.30 zapisany byłem na wycieczkę po fabryce w języku angielskim, miałem więc około trzech godzin, które chciałem wykorzystać na obejrzenie Aeroscopii, czyli miejscowego muzeum lotnictwa. Recepcjonista w hotelu wysłał mnie do recepcji Airbusa w niedalekiej okolicy. Tam pani z fochem, że nie mówię po francusku wyłuszczyła, że coś w rodzaju, że taras widokowy nieczynny, a najbliższy czynny w Nicei. Ktoś jej jednak dał jakieś ulotki które mi przekazała i stąd dowiedziałem się, że muszę podjechać tramwajem linii T1.

Tramwaje w Tuluzie są nowoczesne, choć niezbyt szybkie. Bilety można kupić w automacie na przystankach, 1,70 EUR za jednorazowy. Są też dostępne 10-przejazdowe z dużą zniżką i inne, ale ja planowałem w sumie tylko trzy przejazdy w całości, więc korzystałem z jednorazowych. W automatach można płacić wyłącznie monetami. Gdyby nie akceptował części bilonu, co zdarzało mi się dosyć często, proponuję skorzystać z budki na przystanku w drugą stronę.

Tramwaj T1 jedzie przez nowe osiedla Tuluzy. Nowoczesna architektura i wiele terenów zielonych cieszą oczy. Po dotarciu na przystanek Aeroscopia obyłem 15-minutowy spacerek przez park, a następnie kładką nad autostradą dotarłem pod bramy muzeum.

Drogą-betonką, czy skrótem?

Gdyby kogoś interesowała opcja ekonomiczna, to Concorde’a i Airbusa A400M doskonale widać przez płot, nie trzeba wchodzić do środka. Podszedłem do kasy, tam miła obsługa odhaczyła moją obecność na wycieczkę o 16.15 (trzeba się wcześniej zapisac przez internet, bo potem może nie być miejść, a także wylegitymować się) i sprzedała zniżkowy bilet do muzeum za 8,50 EUR. Muzeum niezbyt wielkie w porównaniu to tych które już widziałem, choć ze względu na unikalne eksponaty ciekawe.

Airbus Skylink z otwartym dziobem
Złamany Airbus Skylink od przodu

W hangarze możemy obejrzeć Airbusa Skylink. Ogromny samolot transportowy, zbudowany na potrzeby fabryki. Europejski projekt Airbus jest wynikiem współpracy czterech państw: Francji, Wielkiej Brytanii, Hiszpanii i Niemiec. Nota bene, dlaczego właściciel PLL LOT kupuje amerykańskie Boeingi i brazylijskie Embraery zamiast zainteresować się europejskimi maszynami i offsetem w produkcji podzespołów, pozostaje pytaniem otwartym. Ogromne samoloty transportowe potrzebne są to przemieszczania części z krajów produkcji do Tuluzy, miejsca ostatecznego montażu. Transport ogromnych elementów takich jak skrzydła czy części kadłuba innymi metodami byłby dużo trudniejszy. Supercargo z czasem zastąpiła Beluga – dużo większy transportowiec oparty na szerokokadłubowym Airbusie A300 (a ostatnio Beluga XL oparta na Airbusie A330). Te dedykowane maszyny są w stanie zmieścić każdy podzespół każdego produkowanego obecnie modelu samolotu, poza największym Airbusem A380, gdzie gabaryty nadal przybywają do Tuluzy drogą lądową i morską.

Concorde certyfikacyjny

Kolejnym, niemniej ciekawym eksponatem jest naddźwiękowy pasażerski Concorde. O niezwykłości i wyjątkowości tej maszyny chyba nikogo nie trzeba przekonywać. Ten konkretny egzemplarz nie służył żadnej linii lotniczej, był wykorzystywany do lotów testowych i certyfikacyjnych. Cały przedział klasy biznes został wypełniony aparaturą. Obserwując te urządzenia przypomniały mi się czasy studenckie i laboratoria, gdzie na podobnie wyglądających ustrojstwach wykonywałem ćwiczenia.

Aparatura Concorde’a w ciasnej kabinie pasażerskiej
Aparatura Concorde’a rodem z lat 60/70

Kabina Concorda jest ciasna, a okienka wręcz miniaturowe. Była to bardzo nowatorska konstrukcja, zarówno jak na swoje jak i dzisiejsze czasy. W przedziale pasażerskim mieszczą się fotele w układzie 2+2. Concordy mogły być jedynie w kolorze białym (dopuszczane wstawki w postaci loga przewoźnika), gdyż ten kolor powodował mniejsze nagrzewanie kabiny przy tak ogromnych prędkościach. Na początku XXI wieku jeden z egzemplarzy został przemalowany na niebiesko jako reklama Pepsi, ale jednocześnie utracił swoje naddźwiękowe (z angielska supersoniczne) właściwości.

Para naddźwiękowych silników z dopalaczem marki Rolls Royce typ Olympus Snecma

Z Concorda bezpośrednio przechodzi się do Aibusa A300. Ten szerokokadłubowy samolot na dalekie trasy posiadał w klasie ekonomicznej siedzenia w znanym dziś układzie 2+4+2, a z rozrywek dla pasażerów dostępne były filmy wyświetlane na rzutniku (zupełnie jak w LOTowskich 767). Dziś ten model zastąpiony jest przez Airbusa A330 i A340, choć nadal można go spotkać w krajach odizolowanych od świata i bogatych w ropę, jak np. Iran.

Helikopter lekkiej konstrukcji

Na parterze eksponowane są także mniejsze modele oraz myśliwce. Szczególnie zainteresowały mnie szkoleniowy Magister oraz francuski bojowy Mirage – o bardzo nowoczesnej jak na swoje lata sylwetce. Po wyjściu z hangaru można z bliska obserwować samoloty, które było także widać zza płotu muzeum. Jest to pięknie utrzymany kolejny Concorde w malowaniu Air France, a także wojskowy transportowy Airbus A400M, odpowiednik amerykańskiego Herkulesa. Concorde pasażerski nie był udostępniony do zwiedzania od środka, a zwiedzanie Airbusa A400M zaplanowane było w programie wycieczki.

Airbus A400M z przodu

Nasyciwszy zmysły swe efektownymi aeroplanami usiadłem w oczekiwaniu na rozpoczęcie drugiego punktu programu, wycieczki do fabryki. Ze względu na rozmiary oferowanych produktów fabryka jest także konkretna. W pierwszej części przeszliśmy niedużej sali projekcyjnej, gdzie przewodniczka zaprezentowała film z dziewiczego lotu Airbusa A380 wraz z widokiem na przyrządy. Następnie, wyposażeni w czerwone identyfikatory wjechaliśmy autobusem na teren fabryki.

Let’s visit Airbus!

Zarówno w czasie projekcji jak i w fabryce obowiązuje zakaz fotografowania. A ja nie zważając na konsekwencje pomyślałem #yolo i specjalnie dla Ciebie zrobiłem dwa zdjęcia telefonem. Spotkała mnie za to zasłużona kara – karcące spojrzenia współuczestników wyprawy.

Jak hartuje się stal?

Za ścianą samolot z przywiezionych części montowany jest w jeden kawałek (podobno w przypadku A380 zajmuje to około tygodnia pracy na dwie zmiany), a tutaj dokładany jest osprzęt, wnętrze i wszystkie inne elementy. Projekt Airbusa A380 nie cieszy się już tak wielkim powodzeniem jak na początku, dlatego teraz mury fabryki opuszcza mniej więcej jeden samolot na miesiąc. Linie lotnicze skłaniają się obecnie ku dwusilnikowym samolotom o podobnej pojemności i zasięgu, lecz tańszych w utrzymaniu, jak np. Boeing 777 czy Airbus A350. Prawdziwymi hitami sprzedaży są za to Airbusy A320 (produkowane w innej części fabryki) i A350 – odpowiedź na Boeinga 787 Dreamliner. Na ponad 300 wyprodukowanych A380 ponad połowa trafiła do przewoźnika Emirates, część także do Singapuru. Europejskie linie, jak British Airways, Lufthansa czy Air France mają po ok. 10 sztuk każda. Prawdziwy ogrom A380 widać dopiero w zestawieniu z innym, małym samolotem. Dość powiedzieć, że średnica silnika a A380 równa jest średnicy kadłuba w znanym wszystkim A320. Podstawowym wyróżnikiem A380 jest jego dwupiętrowość. Konkurencyjny Boeing 747 też taki był, ale nie na całej długości kadłuba. Airbus A380 zadebiutował w 2005 roku, a w liniach lotniczych pojawił się w 2007. W maksymalnej konfiguracji z wyłącznie klasą ekonomiczną może pomieścić ponad 800 pasażerów! U azjatyckich przewożników na pokładzie są rozliczne udogodnienia jak bar czy sklep duty free. W Air France natomiast do dyspozycji pasażerów jest galeria sztuki.

Efektywna obługa takiego samolotu wymaga dwóch rękawów na różnych poziomach – dla górnego i dolnego pokładu, inaczej samo wchodzenie pasażerów na pokład trwałoby ponad godzinę. Warszawskie lotnisko Chopina póki co nie posiada takiej infrastruktury, wskuter Emirates nie może wysłać nam Airbusa A380 dowożącego swołocz do hubu w Dubaju.

Wraz z rozwojem techniki, samoloty zaczęto konstruować z kompozytów. Modelowymi przykładami są Boeing 787 i Airbus A350. Są lżejsze i bardziej elastyczne, wskutek czego poprawiają ekonomikę transportu. Technologia zaczęła być także stosowana niektórych podzespołach starszego A380. Klient ma do wyboru dwa rodzaje silników – brytyjski Rolls Royce lub amerykański General Electric. Wybór zazwyczaj podyktowany jest inwentarzem już posiadanej floty.

Poczekalnia

Po obejrzeniu hali produkcyjnej wyszliśmy na taras, z którego można było obserwować samoloty w trakcie produkcji. Te z duraluminium pomalowane były na farbą ochronną na pistacjowo (zielono), a kompozytowe – na kremowo (żółto). Ta farba to warstwa ochronna, przed położeniem docelowej warstwy. W oddali galeria otoczona betonem. Służy do prób silnikowych. Nowo wyprodukowany samolot umieszcza się tam a nastepnie włacza silniki na trzy godziny. Na pierwszym planie po lewej stronie znajduje się pierwszy egzemparz Airbusa A380. Służył to wielu testów w celu uzyskania certyfikacji. Jednym z ciekawszych była pełna ewakuacja samolotu. Przepisy wymagały, bo wszyscy pasażerowie byli w stanie opuścić samolot po dmuchanych rękawach w ciągu 90 sekund. Symulację przeprowadzono dla najbardziej zagęszczonej konfiguracji, z ponad 800 pasażerami na pokładzie. W próbie brali udział pracownicy Airbusa, aby mieli motywację w szybkim opuszczeniu samolotu. Ciekawe, jaka nagroda spotykała ostatniego? Próba ponoć się udała w 78 sekund i tylko dwie osoby złamały nogę.

Wewnątrz Airbusa A400M

Zapakowano nas z powrotem do autobusu i udaliśmy się z powrotem do muzeum, aby zobaczyć Airbusa A400M od wewnątrz. Jest to duży wojskowy transportowiec. Dzięki uchylnej platformie z tyłu jest zdolny pomieścić nawet czołgi czy śmigłowce, albo wykonać masowy desant spadochroniarzy. Dzięki wysoko umieszczonym skrzydłom i czterem silnikom śmigłowym jest w stanie operować na pasach o słabej jakości (lub nawet wylądować na łące), a do startu potrzebuje zaledwie 700 metrów. Jest odpowiednikiem amerykańskiego Herkulesa i eksploatowany głównie przez armie krajów, w których jest produkowany.

Na tym właściwie zakończył się program zwiedzania w Tuluzie. Było już po 18, ja zmęczony i głodny – ale pogoda tak piękna, że pojechałem do centrum miasta. Tramwaj linii T1 dowiózł mnie do ostatniego przystanku, Palais de Justice.

Torowisko tramwajowe w centrum Tuluzy przystrzyżone na 3 cm

Podróż nie zapowiadała się jakoś nadzwyczajnie, ale w połowie drogi wsiadło ok 30 uczniów nastolatków, chyba młodych licealistów. Chyba mieli otrzęsiny, bo każdy wyglądał jakby mu na głowę wylać garnek zupy i to takiej zastanej. Wyglądali jednak na zadowolonych z siebie. I tak oto w wesołej i zupnej atmosferze upłynęła mi jazda tramwajem. Co warte podkreślenia, ubrudzeni nie siadali mimo wolnych miejsc, nie zanieczyszczając pojazdu komunikacji miejskiej.

Co do samej Tuluzy, to z przykrością muszę przyznać, że przyjechałem nieprzygotowany. Nie byłem nawet pewien, czy uda mi się dojechać do miasta. Skoro jednak tak się stało, zobaczyłem na telefonie gdzie mniej więcej jest starówka i ruszyłem przed siebie. Miasto jest czyste i malownicze. Gastronomicznie to do wyboru jest eurokebab i pochodne za 5 EUR lub normalne dania w knajpach 10 euro wzwyż. Podróżując samodzielnie nie przykładam wagi do kulinariów, dlatego też dziarskim krokiem skierowałem się do sklepu Carrefour (skrzyżowanie), gdzie nabyłem francuską bagietkę i adekwatny napój celem plenerowego spożycia.

Fontanna w Tuluzie

Tuluza jest bardzo ładnym i malowniczym miastem. Zdecydowanie warta odwiedzenia, nawet z pominięciem wątku lotniczego jeśli kogoś nie interesuje, albo już był. Środek wrześniowego tygodnia, ciepło i słonecznie, mnóstwo ludzi na ulicach i w knajpach.

Wbrew propagandzie sianej na niektórych niszowych polskich portalach, nie widziałem ani jednego “uchodźcy”, ani innych scen przemocy. Bezdomni w większości biali. Być może sytuacja wygląda inaczej w Paryżu czy Marsylii, ale Tuluzie pod tym względem czułem się, jakbym przyjechał 10 lat temu.

Trudno mi konkretnie powiedzieć co widziałem, więc wrzucę kilka zdjęć, które udało mi się zrobić. Obok starówki, ludzie spotykają się nad rzeką, gdzie można obserwować twierdze i młyńskie koło. A jeśli ktoś ma szczęście, to może nawet i podchodzącą do lądowania w tle Belugę.

Aby podsumować ten intensywny dzień, zasiadłem z małym kufelkiem piwa w jednej z knajp. Zrobiło się błogo i przyjemnie. W oddali błyskały pioruny nadchodzącej burzy, ale że nie były słyszalne, to nie było czym się przejmować. Gdy w końcu postanowiłem wrócić do hotelu i wyspać się kapkę, po wyjściu z tramwaju już regularnie lało, więc dotarłem na miejsce mokry.

Nad rzeczką opodal krzaczka

Po wejściu do pokoju szybko przeniosłem się do krainy Morfeusza, przy szumiącym deszczu i akompaniamencie wyjących silników startujących nieopodal odrzutowców <3

Rankiem wstałem i poszedłem na śniadanie. Na paragonie ta pozycja figurowała jako Petit Dejourne 3,50 eur. Menu adekwatne do ceny, ale zawsze warto wypić coś ciepłego z rana. Co ciekawe, śniadanie serwowane jest już od 3 nad ranem – dla prawdziwych rannych ptaszków chcących zdążyć na poranne loty. Wyszedłem z hotelu i po 20 minutach spaceru znalazłem się na lotnisku. Przeszedłem sprawnie wszelkie kontrole i zasiadłem w Boeingu 737-800 Ryanaira. Lot przebiegł bez zakłóceń, a lotnisko Londyn Stansted okazało się całkiem duże, nawet z pociągiem pomiędzy terminalami. Kolejna kontrola graniczna – Wielka Brytania nigdy nie weszła do Schengen. Przy wyjściu kilka sklepów spożywczych z cenami podobnymi do tych na mieście. Głodomorom polecam tzw. meal deal. W cenie 4-5 GPB można sobie wybrać kanapkę lub sałatkę, napój i przekąskę. Ujdzie w tłoku jako obiad. Po satysfakcjonującej konsumpcji skierowałem kroki swemu dworcu autobusowemu. Autobus firmy National Express o numerze 777 w ciągu 1,5 godziny zawiózł mnie na lotnisko Luton. Myślałem o podładowaniu laptopa, niestety zapomniałem o gniazdkach innego typu.

Bez godnych odnotowania przygód znalazłem się w końcu w samolocie linii Wizzair lecącym do Gdańska. Znów przywitały mnie uśmiechem pięne polskie stewardessy. Podróż była wygodna, gdyż nikt obok mnie nie siedział – rozwaliłem się zatem jak panisko, zamówiłem herbatę bez cukru i celebrowałem chwilę. Urozmaiceniem były dwie młode dziewczyny w kolejnym rzędzie ze szczegółami zwierzające się ze swoich życiowych trosk. Robiły to na tyle głośno, że nie dało się nie słyszeć, po chwili zresztą nawet chciałem tego słuchać, bo wiele życiowych prawd poznałem. Uczestniczki panelu dyskusyjnego poruszyły wiele ważkich i aktualnych tematów, m.in.: gdy się naćpie to mnie bije, różnica między ruchaniem a kochaniem, madka chce żebym zabrała siostrę na wyspy żeby jej nie utrzymywać; ojciec wyszedł z pierdla i znowu coś chce. O dziwo nic o naruszeniu zasady trójpodziału władzy w Polsce, czy jawnym łamaniu konstytucji. Te i inne ciekawe rozmowy można podsłuchać w samolotach kursujących w kierunkach polskiej emigracji zarobkowej, naprawdę czasem warto. Wizzair nawet zmodyfikował tekst powitania w języku polskim po wylądowaniu: życzymy miłego pobytu w Polsce, a dla Państwa powracających, witamy w domu.

Ja jako ten powracający, ale jednak nie w domu, a w Gdańsku, szczęśliwy byłem, że po 37 godzinach od opuszczenia Warszawy w końcu dotarłem do miejsca przeznaczenia 🙂

Fanów awiacji zapraszam także do relacji z odwiedzin w Muzeum RAF w Cosford, koło Birmingham: Chester i muzeum RAF w Cosford