Działo się 25-27.04.2019

Siedzę sobie w pracy spokojnie, a tu po raz kolejny powtarza się ten sam scenariusz. W sposób niespodziewany i znienacka jeden z portali podróżniczych informuje w środku dnia o tanich biletach landrynkowej linii. Jest to szantaż emocjonalny, któremu trudno mi się oprzeć. W taki sposób w pewne zimowe przedpołudnie wszedłem w posiadanie następujących biletów:

  • 25.04.2019 Gdańsk – Tromsø (GDN-TOS) – Wizzair – 44 zł
  • 27.04.2019 Tromsø – Gdańsk (TOS-GDN) – Wizzair – 44 zł

Jest to ciekawa destynacja, która w normalnych warunkach kosztuje dużo więcej. Wizzair postanowił uczynić Gdańsk swoim hubem lotów do Skandynawii i jest to jedyne bezpośrednie połączenie za koło podbiegunowe z Polski. Jednocześnie to najbardziej wysunięta na północ trasa Wizzaira. Pozostałe kierunki z róży wiatrów to Keflavik w Islandii, Dubaj w Zjednoczonych Emiratach Arabskich oraz Nursułtan (dawniej Astana), stolica Kazachstanu.

Wycinek z gazetki pokładowej Wizzair. Leciałem tym lotem chyba w 10 dniu jego funkcjonowania. Ale czas leci…

Skandynawia jest bliska mojemu sercu. Urzekają mnie w niej widoki, kultura mieszkańców, porządek, natura. Nie urzekają ceny i podatki, ale przynajmniej te drugie mnie bezpośrednio nie dotyczą. To zdecydowanie nie jest moja pierwsza ani ostatnia wycieczka w te rejony.

Przeczytaj o wyprawie do norweskiego regionu Møre og Romsdal:
NORWEGIA / PIĘKNIE POŁOŻONE ÅLESUND I KRABY
NORWEGIA / Z KAMERĄ WŚRÓD FIORDÓW W MØRE OG ROMSDAL

Przejazd na Pomorze

Nadszedł czas wyjazdu. Jako mieszkaniec stolicy musiałem dostać się do Gdańska. Postanowiłem pojechać tam samochodem i zabrać pasażerów z BlaBlaCar. Normalnie skorzystałbym z pociągu, który jest najlepszą opcją na tej trasie, ale że Wizzair raczył zmienić godziny lotów, powrót wypadał krótko przed północą. Niestety nie ma żadnego rozsądnego połączenia z Warszawą o tej porze.

Pro tip: jadąc samochodem do Trójmiasta polecam wybrać trasę S7. Jej większa część jest juz w standardzie drogi ekspresowej, a znajdujący się po drodze Elbląg jest często wybieranym punktem przez pasażerów BlaBlaCar. Alternatywa to jazda autostradami A2 i A1 – może być to droga szybsza jeśli utrzymamy wysoką prędkość, jednak zapłacimy 39,90 zł za autostradę A1 oraz pokonamy ok. 60 km więcej.

Pro tip: gdańskie lotnisko posiada wyjątkowo korzystną ofertę parkingu długoterminowego. Korzystając z P6 “najtańszego” zapłacimy 39 zł za tydzień. Parking znajduje się ok. 100 metrów od terminala i jest samoobsługowy. Wymagana rezerwacja przez internet i wydruk potwierdzenia, choć mnie o wydruk nikt nie pytał, a maszyna wydała bilet na podstawie odczytanego automatycznie numeru rejestracyjnego.

Na północ!

Na lotnisku stawiłem się o czasie. Było lekkie zamieszanie, gdyż ewakuowano cały terminal przylotów na kilkanaście minut, jednak koniec końców samolot opóźnił się z tego powodu tylko o niecałe pół godziny. Jako że wszedłem w okres świąteczno-majówkowy, lot był dość obłożony.

Przelot nad Zatoką Gdańską

Lot przebiegł spokojnie. Airbus A320 zgrabnie wyhamował na pasie bez użycia hałaśliwego ciągu zwrotnego i zakołował pod terminal. Przypuszczam, że to jedna z największych maszyn operujących z tutejszego lotniska; obok stały niewielkie turbośmigłowe maszyny norweskiej lokalnej linii Widerøe. Przy dużych dystansach i braku autostrad podróż lotnicza często jest optymalnym wyborem.

Oto dlaczego warto wybrać rząd A w samolocie

Pro tip: lecąc z Gdańska do Tromsø warto usiąść przy oknie po lewej stronie, w rzędzie A. Będziemy mieli widok na norweską postrzępioną linię brzegową, a lecąc tym samym lotem co ja, także chylące się ku zachodowi słońce.

Nie niepokojony przez nikogo opuściłem terminal i przeanalizowałem możliwości dotarcia do miasta.

Film

Nikt nie mógł się spodziewać filmu właśnie w tym miejscu!

Komunikacja w Tromsø

Idąc za myślą z wiersza Juliana Tuwima pomyślałem: Wybaczmoje złoto, Ale wieczór taki piękny, że szedłem piechotą! Lotnisko znajduje się na tej samej wyspie co miasto, wystarczy pokonać wzniesienie. Piesza droga do centrum miasta to ok. 5 km i godzina marszu przez osiedla domków, miasto i las. Jeśli mamy dobrą pogodę i sam plecak, jest to opcja godna polecenia – z niej skorzystałem. W okresie wiosennym może być zasypana śniegiem, ale nadal zdecydowanie do przejścia dla sprawnego piechura. Warto wspomóc się mapą w telefonie na początku.

Norwedzy uwielbiają stare, amerykańskie auta z wielkimi silnikami. Przy cenach paliwa jest to hobby dość ekscentryczne.

Alternatywa to połączenia autobusowe – linie miejskie 40 i 42 zawiozą nas sprawnie do centrum (inne, droższe opcje pomijam). Cały region Troms podzielony jest na strefy. Cena biletu zależy od tego, ile stref pokonujemy. Bilety są czasowe, przesiadkowe, na 2 godziny, okazujemy je kierowcy przy wejściu. Połączenie autobusami linii 40 i 42 z lotniska do miasta mieści się w jednej strefie: Zone Tromsø i kosztuje 33 NOK przy zakupie przez aplikację lub w automacie (u kierowcy 50 NOK). Podróżując przez dwie strefy zapłacimy w aplikacji 48 NOK, a przez trzy – 60 NOK.

Przeliczając ceny dzielimy je przez dwa, bo dwie korony norweskie (NOK) to niecała złotówka. 1 NOK = 0,44 PLN (na dzień 22.06.2019).

Pro tip: planując korzystać z autobusów w Tromsø i okolicach warto zainstalować dwie aplikacje:
Troms Reise – służy do wyszukiwania połączeń i sprawdzania rozkładów jazdy. Wybierając się w dalszą trasę warto skorzystać z opcji Travel, aby poznać połączenia łączone. Linie miejskie są dwucyfrowe, podmiejskie trzycyfrowe.
Troms Mobillett – służy do zakupu biletów, trzeba podłączyć kartę płatniczą (np. Revolut). Najtańszy sposób zakupu biletów.

Dotarłem do hostelu Tromsø Activities, przy Storgata 107, głównej ulicy w mieście. Jest to najtańsza miejscówka w mieście (choć nadal droga, 275 NOK za noc) i oferuje usługi na adekwatnym poziomie – nic szczególnie złego, ale też bez wodotrysków. Na plus lokalizacja, samodzielny check-in i dobrze działający internet. Okazało się, że przede mną dojechały trzy osoby lecące tym samym samolotem co ja: Natalia, Dora i Christforos.

Po wstępnym ogarnięciu się i konsumpcji zupki błyskawicznej Vifon wraz z nowopoznanymi towarzyszkami podróży udaliśmy się na nocne zwiedzanie miasta. Pora była już zaawansowana, po godzinie 23. Na przełomie kwietnia i maja w Tromsø nie ma jeszcze dnia polarnego, noc jednak trwa zaledwie ok 4 godzin. Wykonaliśmy wspólnie kilka zdjęć i przeszliśmy w stronę Katedry Arktycznej.

Tromsø stolica komuny Troms

Jak tytuł sugeruje, miasto Tromsø jest stolicą regionu (norw.: kommune) Troms. Znajduje się na niewielkiej wyspie ze wniesieniem. Po zachodniej stronie jest lotnisko i centrum handlowe, po drugiej stronie góry znajduje się centrum miasta. Wraz z rozwojem tkanki miejskiej, zabudowania zaczęły pojawiać się także po lądowej stronie miasta. Wyspa Tromsø jest połączona z sąsiednimi wyspami przez dwa duże mosty o charakterystycznej betonowej konstrukcji w kształcie trójkąta. Mosty przypominają spadzisty dach i ich najwyższa część przypada na środek. Tam też przepływają statki. Mosty mają po jednym pasie ruchu w każdym kierunku oraz ścieżkę dla pieszych po jednej oraz rowerzystów po drugiej stronie.

Most w Tromso

We wnętrzu góry, charakterystycznie dla Norwegii, wydrążono tunele prowadzące z jednej na drugą stronę wyspy. Zdecydowanie jest to bezpieczniejsze i wygodniejsze rozwiązanie dla mieszkańców – tutaj jednak nie ograniczono się do pojedynczego tunelu, a zbudowano ich kilka krzyżujących się. Pierwszy raz miałem okazję zobaczyć podziemne ronda.

Temperatura w Tromsø w czasie mojego pobytu oscylowała w okolicach +5 stopni, ale wyobrażam sobie, jak ciężką przeprawą musi być wędrówka przez most w środku zimy i zamieci śnieżnej. Ze względu na prądy oceaniczne, temperatury nie są tu ekstremalne nawet zimą. Polacy przyzwyczajeni do mrozów jakie czasem potrafią do nas przyjść, z pewnością się odnajdą w tej kwestii.

Tromsø liczy sobie ok. 40 tys. mieszkańców, co jak na polskie warunki odpowiada miastu wielkości Bydgoszczy. Miasto czerpie przychody z turystyki i innych gałęzi przemysłu. Po otwarciu bezpośredniego połączenia z Gdańska, stało się znacznie bardziej dostępne dla żądnych arktycznych przygód podróżników.

Nocna przechadzka po Tromsø

Tromsø, podobnie jak cała Norwegia jest spokojnym i bezpiecznym krajem. Można spokojnie przechadzać się po dowolnej części miasta nie będąc niepokojonym. W przeciwieństwie do południa kraju, supermarkety otwarte są nawet do 23. Jest też sporo barów w których miejscowi chętnie spędzają czas, jak również całodobowe siłownie. Wszystko to po to, aby nie zwariować w czasie nocy polarnej. Długotrwały brak światła dziennego jest naprawdę obciążający dla organizmu i trzeba mu dostarczać dodatkowych bodźców, aby utrzymać się w formie.

Nocna przechadzka po mieście. Widok na przystań jachtową.

Tuż po drugiej stronie mostu prowadzącego z centrum miasta, znajduje się Katedra Arktyczna. Jej oryginalna architektura nawiązuje do bryły lodu. Ktoś inny dostrzeże analogię do kształtu betonowego, ażurowego mostu nieopodal, a jeszcze inny do wejścia do stacji II linii metra w Warszawie. Ile obserwatorów, tyle interpretacji. Co jest pewne, to że jest to symbol Tromsø, który znajdziemy na wielu pocztówkach i magnesach. Idąc w stronę katedry mostem, na środku znajdziemy kłódki zakochanych. Oby ich uczucie przetrwało dłużej niż powłoka antykorozyjna tychże gadżetów.

Muzeum Polarne
Katedra Arktyczna (norw. Ishavskatedralen)

Gdy doszliśmy pod rozświetloną katedrę, zaczepił nas lokalny Norweg. Władając wieloma językami opowiedział o swoim zajęciu – pracuje w kuchni w lokalnej restauracji i obrabia ryby. Założył nawet konto na Instagramie, gdzie można obejrzeć sposób, w jaki to robi (@norwegianfishmonger). Wszystko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że chodził po ulicy boso. Już mniejsza o temperaturę – jednak na północy Norwegii do utrzymania dróg oprócz soli używa się gęstego żwiru – chodzenie po tym boso jest nieco bolesne.

Nie wiem jak to skomentować

Katedra w nocy ma rozświetlone wnętrze. Jest to świątynia prawosławna. Oprócz ołtarza, ław, przy wejściu znajdują się kanapy i stoliczki. Otóż zwyczajem jest tu spotykanie się przed lub po nabożeństwie na kawie i ciasteczkach i prowadzenie rozmów. Przy tak rzadko zaludnionym kraju, niedzielne msze pełnią także role budowania społeczności. Katedra nie była dostępna do zwiedzania. Zdziwienie nasze zmalało, gdy spojrzeliśmy na zegarek – było już po północy.

Trzy najsłynniejsze miejsca na jednym zdjęciu: most ,katedra i górka Storsteien z kolejką linową
Widok z mostu na zatokę

Podreptaliśmy mostem z powrotem na wyspę. Nabrzeże wypełnione jest historycznymi, drewnianymi domkami. Część z nich jest historyczna, inne pełnią do dziś swoją pierwotną, lub nową rolę. Tam właśnie znajduje się starówka oraz niewielki port. Oprócz dużych kutrów rybackich jest także marina z prywatnymi jachtami oraz terminal dla dużych wycieczkowców. Godzina robiła się już późna, a plany na następny dzień ambitne – postanowiliśmy więc zjechać do zajezdni, by nabrać nowych sił.

Oto autor przed nabraniem nowych sił

Storsteien górująca nad miastem

Oczywistym punktem dla każdego odwiedzającego Tromsø jest górujący nad miastem szczyt Storsteinen. To z niego rozpościera się piękny widok na całą wyspę. Można się nań dostać wjeżdżając kolejką linową Fjellstua, bądź zdobywając szczyt pieszo (421 metrów). Mierząc siły na zamiary, z dużej grupki chętnych na poranną wspinaczkę, zredukowała się ona do dwóch osób – mnie i Natalii. Trasa początkowo przebiegała utartym szlakiem – przez most i w górę, aby później znacznie zwiększyć poziom trudności. Pomimo niezbyt silnego słońca, całe zbocze pokryte było grubą warstwą śniegu, a na górę prowadziła ledwo wydeptana ścieżka.

Taras widokowy restauracji Fjellstua i górnej stacji kolejki linowej
Halko!

Po kilkukrotnym zapadnięciu się w na 1 metr w sypkim śniegu wiedziałem już, że łatwo nie będzie. To jednak tylko zwiększyło chęć dotarcia na szczyt. Po około godzinie zmagań z żywiołem udało się. Górna stacja kolejki linowej połączona jest z niewielkim barem i restauracją, jest tam także szeroki taras widokowy – zdecydowanie warty odwiedzenia.

Stołówka zakładowa z widokiem
Wyspa Tromsoya w pełnej krasie

Wprawdzie nie uzgadnialiśmy explicite trasy wyprawy, kolejny szczyt w oddali wyglądał zachęcająco i dostępnie. Ruszyliśmy więc dalej. Niewyposażeni w buty śniegowe ciągle lądowaliśmy w głębokim śniegu, z którego dość trudno było się wydostać. Mimo że był suchy, zaczął powoli wchodzić w buty i roztapiać się. Po kilku kolejnych kilometrach buty całkowicie przemokły – póki jednak się idzie, nie jest to problemem.

Ciekawe co jest za górą?

Wydawało mi się, jakbym był na lodowej pustyni i doświadczał fatamorgany. Po zdobyciu szczytu widocznego ze stacji kolejki, w oddali pojawiał się następny… i następny… i następny. Każdy z nich odrobinę wyższy i zachęcający do zdobycia. Z każdego z nich panorama na miasto i dziesiątki okolicznych wysp i wysepek wyglądał inaczej. Nie trzeba było obawiać się ciemności, gdyż co najmniej do godziny 23 była zapewniona pełna widzialność. W końcu jednak nadszedł czas powrotu, bo na górnej stacji kolejki czekała wielce zasłużona nagroda.

Panorama na Tromso i otaczające je góry
Kawałek skały z błyszczącą w słońcu miką
Tędy wpływają duże jednostki do portu
Piękne skandynawskie krajobrazy
Jeszcze tylko jeden szczyt i zaraz na pewno dotrzemy na miejsce…
Ścieżek ani szlaków nie ma – można iść gdzie się chce i na własne ryzyko
Ja i Tromsoya

Schodzenie z gór zwykle idzie szybciej, zarówno z powodu fizyki jak i psychologii. Niestety nie było tak tym razem. Zapadanie się w śnieg przestało być szczególnie zabawne, a ja nauczyłem się rozpoznawać po kształcie zaspy, czy jest to wietrzna, czy zawietrzna strona. Po tej pierwszej śnieg zazwyczaj jest płytszy i bardziej zmrożony. Dookoła nie było wyznaczonych żadnych szlaków. Nie było drzew aby je namalować, a skały podłoża były szczelnie pokryte śniegiem. Orientować się należało wzrokowo i tak robili miejscowi śmigając na swoich nartach biegówkach lub butach śnieżnych. Robiąc co 30 metrów wymuszone półszpagaty naderwał nieco swoje dżinsowe spodnie. Nie był to może optymalny strój na taką wyprawę, ale rzekłbym że wystarczająco dobry – a niejednego w pełni wyekwipowanego wspinacza już w swojej karierze wyprzedzałem.

Piwo Arktyczne w tak pięknych okolicznościach smakuje jeszcze lepiej

W końcu udało się dotrzeć do kolejki. Nie mieliśmy absolutnie zamiaru nią zjeżdżać, jednak napić się norweskiego piwa w pięknych okolicznościach przyrody – już tak. Piwo smakowało wyśmienicie, a cena zwalała z nóg.

Alkohol w Norwegii

Skandynawia, szczególnie północna, to mało przyjazne człowiekowi miejsce. Niskie temperatury zimą, małe zaludnienie i brak światła dziennego prowokuje do nadmiernego spożycia alkoholu, a w konsekwencji do alkoholizmu. Rząd walczy ze zjawiskiem nakładając drakońskie podatki na używki. O ile piwo można dostać w znośnej cenie w supermarkecie, to mocniejsze alkohole są drogie, a celem ich zakupu należy się wylegitymować. Jeśli takich zakupów obywatel dokonuje często, urzędnik państwowy pofatyguje się do delikwenta lub dyskretnie zadzwoni zapytać, czy przypadkiem nie potrzebuje pomocy.

Pro tip: alkoholu w turystycznych punktach w Norwegii najlepiej w ogóle nie kupować, bo ceny są bardzo wysokie. W cenie zakupionego piwa w tym samym miejscu mogłem zjeść cały posiłek – po prostu warto rozważyć wypicie pepsi lub wody do posiłku, ewentualnie wcześniejszy zakup w supermarkecie, gdzie ceny są już zdecydowanie bardziej ludzkie. No chyba, że chcemy coś rzeczywiście uczcić, w pięknych okolicznościach przyrody i doborowym towarzystwie – wówczas nie widzę przeszkód 🙂

Zdjęcie ilustracyjne

Zgodnie z trzecią zasadą dynamiki Netwona, każdej akcji towarzyszy reakcja. Pośród skał, lasów i fiordów Norwedzy praktykują bimbrownictwo na własne potrzeby, a ci mieszkający bliżej granicy ze Szwecją czy innymi krajami, masowo przywożą stamtąd alkohol – tańszy i bez ewidencjonowania.

Pro tip: nie popełnimy towarzyskiego faux pas, jeśli odwiedzając norweskich znajomych przywitamy ich litrową butelką polskiej wódki Wyborowej tudzież Żubrówki. Nabędziemy ją w korzystnej cenie jeszcze na polskim lotnisku, w sklepie wolnocłowym. Wydatek dla nas niewielki, w granicach 30 zł. Nawet jeśli nasz gospodarz jest abstynentem, to z pewnością zyska ciekawy prezent do podarowania swoim pijącym znajomym. Jeśli nikogo nie odwiedzamy, skalkulujmy potrzebą ilość z zapasem – nawet jeśli nie wykorzystamy całości, strata będzie pomijalna w porównaniu do ewentualnego zakupu na miejscu.

Z górki na pazurki

Po przydługiej, ale jakże istotnej dygresji wróćmy do opisywania wycieczki. Pozostał nam ostatni, ale najbardziej stromy odciek do pokonania. Okazało się, że najlepszym sposobem jest poddanie się grawitacji i zjazd na pupie. Nie da się tak pokonać całej trasy, ale można znacząco przyspieszyć zejście. I tak, droga na szczyt zajęła około godziny, a ponownie na dole znaleźliśmy się po zaledwie 15 minutach.

Takim widokiem mogą się cieszyć ci co wjadą na Storsteien kolejką

Można rzec, że teraz to już z górki. Czwarta już przechadzka mostem była jak spacer na przestanek, droga znana z zamkniętymi oczami. Gdy dotarliśmy do hostelu, każdy coś zjadł i zapadł w drzemkę regeneracyjną. Przez przemoczone buty i częściowo także ubranie nie planowałem dalszych wypraw tego dnia, chyba że w klapkach (skoro Norweg mógł na boso…).

…albo takim

Ponownie Tromsø wieczorem

Obudziłem się 3 godziny później, około godziny 22. Na dworze majaczyły resztki światła, a ja po pogawędce z towarzystwem w kuchni postanowiłem zwiedzić lepiej centrum miasta. Poprzednia przechadzka okazała się nie do końca dogłębna.

Buty, niby przemoczone, zaskakująco szybko schły. Czułem jeszcze jakąś wilgoć, ale przynajmniej już nie chlupało. Przy nowych suchych skarpetach dało się zupełnie przyjemnie spacerować. Hostel mieści się przy ulicy Storgata.

Pro tip: moja znajomość norweskiego jest prawie żadna, ale analizując mapę można przyjąć, że nazwa ulicy z sufiksem -gata to odpowiednik alei, a -veien lub -vegen to to prostu ulica, droga. Z innych nieoczywistych słówek: flygplass oznacza lotnisko, a tog – pociąg. Miłym gestem wobec Norwegów będzie, jeśli przed wyjazdem przejdziemy choćby podstawową lekcję językową z Duolingo.

Idąc Storgatą na południe, wraz z rosnącymi numerami, wchodzimy w centrum miasta – najładniejszą jego część. Po obu stronach ciągnie się piętrowa, niewysoka zabudowa z drewnianymi elewacjami. Na parterze mieszczą się rozmaite punkty usługowe i gastronomiczne oraz sklepy. Przykuwa wzrok oszklony budynek biblioteki – niestety jest jakby wtłoczony pomiędzy pozostałe i nie do końca przez to wyeksponowany. Warto tez przejść się promenadą wzdłuż wybrzeża. Oprócz zamkniętych o tej porze restauracji i wielkich akwariów wewnątrz nich, możemy podziwiać maszty jachtów poruszające się na wietrze, na tle wodnej toni.

Nocna przechadzka po pustym mieście

Jednym z centralnych punktów jest drewniany kościół. Plac na którym się mieści nazwano nieco na wyrost Kirkepark. Przegryzłem kawałek ciepłej pizzy z 7-Eleven, kupiłem magnesik z katedrą w kiosku Narvesen i postanowiłem kierować się ku łóżku. Po mieście kręcili się jeszcze ludzie podróżujący pomiędzy barami. Nic dziwnego, w końcu piątek, piąteczek, piątunio.

O tym gdzie pojechałem następnego dnia dowiesz się z kolejnego odcinka, a tymczasem dziękuję za przeczytanie!