A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój, jak śpiewał bard polskiej muzyki rozrywkowej. Co do pierwszej części, to ona wynika wprost z obrotowego ruchu Ziemi, więc nie ma się nad czym rozwodzić, jednak druga część twierdzenia sprawdziła się doskonale. Otóż po wczorajszym, deszczowym i pochmurnym dniu miałem szczęście skorzystać z pięknej, bezchmurnej pogody. Tym razem szczęśliwym miejscem, które deptać będą moje podróżnicze stopy było Ålesund, jedno z największych miast okręgu More og Romsdal (największym jest Molde).

Nazwa Ålesund rozpoczyna się literą Å, którą powinniśmy czytać bardziej jak literę O w języku polskim – zatem będąc w Ålesund zostaniemy lepiej odebrani wymawiając nazwę miasta jako olesund.

Miasto w jego najstarszej części położone jest na wyspach. Kanał żeglowny biegnący w poprzek układa się slalomem, czy też na kształt węgorza. Norwegia to kraj na wskroś rybacki (zwłaszcza zanim trysnęła ropa naftowa), stąd takie skojarzenia. Węgorz po angielsku, ale i w staronordyjskim języku to eel. Słowo sund to cieśnina. Stąd eel-sund, cieśnina węgorza – Alesund. W Polsce też mamy takie miasto na Mazurach – Węgorzewo.

Gdy po trudach dnia wczorajszego obudziłem się nie tak znowu wczesnym rankiem i przygotowałem do opuszczenia lokalu, gospodarz Terje zaskoczył mnie niespodzianką. Otóż zaprosił mnie na łowienie krabów swoją motorówką. Trudno było nie przystać na taką propozycję. Terje spojrzał krytycznie na moje czyste ubranie i wyciągnął z piwnicy gumofilce i sztormiak. Zapakowaliśmy ekwipunek do toyoty avensis kombi i ruszyliśmy do pobliskiego Roald. W przystani Terje zamienił kilka sów ze znajomymi, a potem zasiedliśmy w niewielkiej motorówce. Mnie, jako świeżakowi, przypadło odcumowanie łódki i wypompowanie zgromadzonej wody. Kierownik w międzyczasie uruchomił silnik i nieśpiesznie opuściliśmy port. Pogoda była wyjątkowo dobra, po wczorajszych zawieruchach nie zostało ani chmurki. Podobno to pierwszy raz od dobrych dwóch tygodni. Norwedzy nauczeni są intensywnie wykorzystywać te krótkie chwile, gdy aura jest łaskawa – być może dlatego trafiła mi się taka gratka. Morze, czy też raczej ocean był spokojny, jednak mimo to łódka podskakiwała na falach. Najlepszą pozycją wówczas jest stojąca, tuż obok sternika.

LĄDY I MORZA PRZEMIERZAM!

Kraby można poławiać na wiele sposobów. Metodyka przyjęta przez Terjego zakłada wykorzystanie klatek – pułapek. Sznurkowe klatki mają otwory zwężające się, przez które goście mogą przedostać się tylko w jedną stronę. Krab w środku znajduje pożywienie i dopóki ma co jeść, nic innego go nie interesuje. To może trwać nawet dniami. Istotne jest, aby wyciągnąć klatkę z dna zanim skończy się wyżerka. W przeciwnym razie krab orientuje się w swojej beznadziejnej sytuacji i próbuje się wydostać. Jeśli trwa to zbyt długo, uszkadza klatkę i ucieka w podskokach w siną dal.

Krzysztof Kolumb jakoś zaczynał

Klatki leżą na dnie, a do nich przyczepione są boje na długich linach. Lina musi być dłuższa niż głębokość w danym miejscu, ze względu na przypływy, które na Atlantyku są dużo bardziej widoczne niż na niewielkich morzach śródlądowych jak Bałtyk. Trzeba też uważać, by nie zrzucić klatki w miejscu gdzie jest głębiej niż długość liny, bo można ją wówczas stracić.

Gdzie jest boja?

Klatki były już zarzucone kilka dni wcześniej. Najpierw trzeba było odnaleźć pływające boje. Nie jest to wcale trywialne zadanie, bo jest to kula wielkości piłki futbolowej i nieraz chowa się w falach. Gdy namierzyliśmy bojkę, należy podpłynąć blisko i sięgnąć po nią bosakiem. Następnie wciągnąć na pokład i ciągnąć linę. Nie jest to wcale łatwe zadanie, bo klatka na głębokości 20 metrów stawia niemały opór. Wykorzystując jednak siłę fal i zapierając się o burtę byłem w stanie tego dokonać. Najtrudniejszym momentem jest wychylenie się poza burtę żeby wciągnąć klatkę do środka. Nie można jej przechylać ani łapać w przypadkowych miejscach, bo kraby gotowe są chwycić szczypcami za palec.

Busola, CB radio i w drogę!

Po wyjęciu klatki kraby trzeba siłowo z niej wyjąć i umieścić w wiaderku. Następnie do klatki trafia kolejna porcja padliny, klatka jest zamykana i ponownie trafia na dno.

Kraby, bosak i gumofilce

Niestety nie mam zbyt wielu zdjęć z morskiej wyprawy. Po pierwsze byłem ciągle zajęty pracą na pokładzie, po drugie, na łódce było ślisko i dość mocno bujało – nie chciałem stracić telefonu. Nie chciałbym też deanonimizować Terjego bez jego wiedzy.

Całe szczęście, że dostałem inne ubranie, bo mimo dobrej pogody zmoczyłem się porządnie i pachniałem morzem i rybami. Kiedyś ten zapach przeszkadzałby mi, teraz wiem, że właśnie to jest jeden z naturalnych zapachów w przyrodzie i wdycham go pełną piersią gdy tylko mam okazję. Nawet tak krótki pobyt pozwala na zmianę czułości nosa. Gdy maszerowałem potem wzdłuż drogi i przejechał samochód, od razu poczułem smród spalin. Samochód nie był ani stary, ani inny niż te które widzimy na ulicach, zupełnie zwyczajny, jednak nozdrza oczyszczone przez czyste powietrze i inne atrakcje przyrodnicze, od razu to wyczuły. W dużym mieście spaliny unoszą się ciągle, więc uznajemy to jako tło – co nie znaczy, że ich tam nie ma.

Autobus sunie wąską dróżką pomiędzy wioskami.

Zakończyliśmy połów i wróciliśmy do domu. Po przebraniu się w z powrotem w cywilne ubrania poszedłem na autobus. Znowu przez pierwsze kilometry byłem jedynym pasażerem. Właściwie nawet nie dotarłem na przystanek, ale widząc nadjeżdżający pojazd machnąłem i kierowca mnie wpuścił.

Droga do miasta wiodła koło lotniska. Z zaskoczeniem dostrzegłem z daleka zaparkowanego towarowego Saaba 340 polskiej linii lotniczej SprintAir (tak, mamy polskie linie lotnicze poza PLL LOT, trzecią jest czarterowa EnterAir). Po zgarnięciu pasażerów z lotniska i pokonaniu dwóch głębokich tuneli, znalazłem się w ponownie w Ålesund, tym razem już nie tranzytem, a docelowo.

Ålesund ma zabudowę podobną bardziej do miast hanzeatyckich (jak Holandia, czy Dania), niż północnej Skandynawii. Początkowo budynki były drewniane, jak w starych częściach Bergen czy Trondheim, jednak w 1904 roku na jednej z sąsiednich wysp wybuchł pożar. Nieszczęśliwie wiatr był na tyle silny, że przeniósł ogień na obszar Ålesund i całe miasto stanęło w płomieniach.

Niewielki pomnik pokazujący, dokąd dotarł pożar.

Przetrwała nieliczna część zabudowań. W jednym z domów, jak głosi legenda, siedział gospodarz. Ani myślał ulec namowom małżonki i uciec, ratując życie i dobytek. Los okazał się na tyle łaskawy, że oszczędził ich domostwo, pomimo, że sąsiednie budynki doszczętnie spłonęły. Dziś w tym domu mieści się muzeum.

Mimo, że do ścian przylegały sąsiednie budynki które spłonęły, ten ocalał.

W pobliżu rośnie także rozłożyste drzewo. Za czasów okupacji niemieckiej podczas drugiej wojny światowej, mieszkańcom skonfiskowano radiostacje. W zakamarkach konarów umieszczali karteczki, z informacjami i ogłoszeniami.

Zdjęcie wykonane dzień wcześniej w drodze na dworzec autobusowy. Pogoda nie zachęcała.

Po pożarze pozostały jedynie zgliszcza. Miejscowa społeczność stanęła przed koniecznością odbudowy miasta. W zachodniej Europie tryumfy wówczas święcił styl Jugendstil, znany także jako Art Nouveau, a po polsku – secesja. Tak centrum zostało odbudowane w nowym stylu i wyróżnia się na tle pozostałych norweskich miast.

Centrum miasta. Secesyjny pałacyk graniczy z historyczną siedzibą norweskiego banku.
Wzdłuż kanału o kształcie węgorza pnie się jednolita zabudowa.
Na budynkach szyldy mieszczących się tam niegdyś firm, przy brzegu zacumowane jachty.

qqq

Pomnik “Englands Farten”. Upamiętniający ponad 300 osób, które poniosły śmierć w trakcie próby ucieczki z okupowanej Norwegii drogą morską do Wielkiej Brytanii i ponad 3000 Norwegów, którym to się udało i którzy walczyli potem po stronie Aliantów przeciwko Niemcom.
Tuż obok pomnika znajduje się miejska przystań. Z daleka widok na wyspę i górę, za którą znajduje się lotnisko Ålesund Vigra.
Oprócz promów, w skład miejskiej komunikacji wchodzą także katamarany. Nie przewożą samochodów, ale są znacznie szybsze.
Symboliczny pomnik, ukazujący ogień, który ponad 100 lat temu strawił miasto.

Pokręciłem się jeszcze po centrum i uraczyłem się kawą z ciasteczkiem w miłej kawiarni z widokiem. Kelnerka poprosiła o drobne pieniądze, więc pokazałem jej w portfelu co miałem. Historycy w przyszłości będą się spierać, czy to z powodu złotówek wymieszanych z koronami, angielskiego akcentu którego nie powstydziłaby się Królowa Elżbieta II, a może z powodu małej polskiej flagi na rękawie kurtki rozszyfrowała niezawodnie moją narodowość. Okazało się, że jest taka sama jak jej. Polskie mamy paszporty na sercu. Przypadek?!

Zdjęcie poglądowe.

Nadszedł czas na gwóźdź programu, wspięcie się na górę Aksla z rewelacyjnym punktem widokowym. Norwedzy do perfekcji opanowali drążenie w skale. W ciasnym, ograniczonym przez wyspy mieście miejsca parkingowe są na wagę złota – toteż w skalnej górze wydrążono jaskinię, która mieści kilkaset samochodów.

Tutaj warto rozprawić się z nieuprawnionymi oskarżeniami, że metro czy tunele w Polsce kosztują więcej niż budowa tychże w zamożnej Skandynawii (nie znam się, to się wypowiem). Jest to prawda, jednak lite granitowe skały po odpaleniu liniowymi ładunkami wybuchowymi nie wymagają praktycznie żadnych umocnień – jedynie wykończenie wnętrza i wyrównanie do przewidzianych potrzeb. Dużo trudniejsza sytuacja geologiczna występuje choćby w Warszawie. Grunty oparte na piasku, glinie, zjawisko kurzawki powoduje, że każdy tunel musi być mocny i szczelny jak bunkier. Wymaga to znacznie więcej pracy i materiałów, a często wymaga także budowy z formie odkrywki.

Parking na kilkaset samochodów wewnątrz góry Aksla. W oddali park miejski i restauracja na szczycie.

Punkt widokowy nazywa się Fjellstua. Można tam się dostać pokonując 418 schodków, albo wjechać od zaplecza samochodem. Zdecydowanie polecam pieszą drogę, tym bardziej, że prowadzi przez przyjemny miejski park.

Byparken park, Vei ulica, Sentrum centrum, Fjallstua nazwa własna. Jestę poliglotę.
Ten zygzak to ścieżka prowadząca na samą górę. Wydawała się pusta, jednak gdy na nią wszedłem, nagle się zatłoczyła. Niełatwa dola trendsettera.
Działo strzegące wejścia do miejskiego portu.
Rampa do selficzków.

I oto najlepszy widok z całej wyprawy (w tle)!

Panorama pięknie położonego Ålesund
Dachy pokryte granitowym gontem. I każdy w tym samym kolorze, nikt zapewne głupio nie dyskutował że on chce tak, inny siak, a jeszcze kolejny frak.
W oddali ośnieżone szczyty gór. Gdzieś tam za nimi kryją się nienasycone fiordy <3

Nasycałem oczy widokami przez dłuższą chwilę. Nie byłem jedynym, wokół wielu Norwegów spędzało miło czas. Postanowiłem wyruszyć w dalszą drogę, ale na koniec jeszcze tu wrócić, aby zobaczyć tę panoramę w wieczornych kolorach.

Po drodze wstąpiłem do sklepu. W Norwegii prawie w każdym markecie można dostać mrożone krewetki, ale w całości. Palce lizać!

Krewetkę trzeba przed konsumpcją przygotować. Usunąć chitynowy pancerzyk, główkę i odnóża. A nie na gotowe.
W Skandynawii w marketach sprzedawane są sałatki na wagę. Cieszą się powodzeniem także u miejscowych, są ze świeżych produktów i nie kosztują miliona, polecam.

Po szybkim posiłku regeneracyjnym udałem się na drugą stronę miasta, w stronę położonej na zachód wyspy Skarbovik. Znajduje się tam  masywna Góra Cukrowa (Sukkertoppen 314 m n.p.m.) z podświetlaną czteroramienną gwiazdą na szczycie (Realstjerna), a za górą – oceanarium.

Kościół w Ålesund
Oddalona od centrum drewniana ocalała zabudowa.
Widok na Ålesund z drugiej strony. W tle góra Aksla, skąd przyszedłem. Kremowy budynek to szkoda, wybudowana w latach 20. XX wieku. Po prawej stronie widać także prostokątny budynek ratusza z lat 70., nijak nie pasujący do reszty.
Widok na Skarbovik z mostu łączącego dwie wyspy.
Góra Cukrowa. Chętnie bym na nią wszedł, jednak nie starczyło mi na to czasu. Po prawej stronie są zabudowania oceanarium, także zamkniętego. Na pierwszym planie plaża, obok drewniane stoliki i ławki.

Ålesund warte jest odwiedzenia, nawet jeśli ominiemy fiordy. Gdy tu kiedyś wrócę, z pewnością zdobędę Górę Cukrową i odwiedzę oceanarium. Ciekawe są także wyspy prowadzące na lotnisko i zabytkowa latarnia morska. Wszystko zależy od sprzyjającej pogody i czasu. Ten jednak biegnie nieubłaganie, a urlop z gumy nie jest – cóż, trzeba było się powoli kierować w stronę miasta, a stamtąd na samolot. A że chciałem jeszcze raz rzucić okiem na miasto z Fjellstuy, do centrum pojechałem autobusem, który znalazłem w aplikacji Fram. Kierowcą była Polka, na moje niewprawne ucho dobrze komunikująca się z Norwegami.

Na zachód słońca nie załapałem się, wtedy miasto wygląda zupełnie inaczej, bo zapalają się światła uliczne – niemniej jednak nie żałowałem powtórnej wspinaczki po ponad 400 schodkach.

Tym miłym akcentem zakończyłem program artystyczny w Ålesund. Poszedłem na widoczny na zdjęciu po lewej dworzec autobusowy, skąd pojechałem na lotnisko (przystanek Ålesund flyplass – Vigra) za 46 koron na wieczorny samolot do Gdańska.

Tradycyjnie dzięki za dobrnięcie do tego momentu, na deser króciutki film z Fjellstu’y: