Działo się 6-7 stycznia 2019

Kończąc kryterium ejlackie udaliśmy się na dworzec autobusowy, by wyruszyć w dalszą podróż (pociągów w tej części kraju brak). Jak może pamiętasz z poprzedniego wpisu, w drodze od autobusu nad morze wspomagała nas grawitacja. Oznacza to, że w przeciwną stronę trzeba wspinać się pod górę. To doskonały pretekst do skorzystania z Getta.

Pro tip: Gett działa analogicznie do Ubera czy Taxify. Należy ściągnąć aplikację ze sklepu, podpiąć kartę płatniczą (najlepiej walutową) i korzystając z lokalizacji w telefonie zamówić przejazd. Korzystając z mojego kodu polecającego (podany w Niezbędniku) dostaniesz 5 przejazdów po 20 NIS każdy – co pokrywa znaczną część ceny przejazdu w obrębie miasta. Taksówkarze doliczają 3 NIS za zamówienie przez aplikację, ale nadal się opłaca. Korzystałem z Getta intensywnie w czasie poprzednich pobytów w tym kraju, zaspokajając swoje potrzeby transportowe. Niestety marka samochodu w aplikacji podana jest po hebrajsku, ale wystarczy spytać przechodnia, który nam z łatwością objaśni, że סקוטה אוקטביה to skoda octavia. Uwaga! Niech Ci nie przyjdzie do głowy włączanie internetu w telefonie w celu zamówienia auta lub odbieranie telefonu od oczekującego kierowcy, bo oszczędności pójdą się głęboko i daleko… no oddalą się (o ile korzystasz z polskiej karty SIM rzecz jasna). Spokojnie da radę ogarnąć temat na miejskim WiFi. Jeśli go nie ma, bo jesteś np. przy oceanarium, taniej będzie analogowo machnąć ręką na przejeżdżającą taksówkę lub pojechać autobusem. Taksówki w mieście są oznaczone, mają taksometry, a wybierane trasy są bez zastrzeżeń, więc raczej nie ma się czego bać – choć ceny dla klienta z ulicy, bez kodów i aplikacji, nie zachęcają do częstego korzystania.

Podróż autobusowa do moszawu Ne’ot HaKikar

Cóż począć będąc już na dworcu? Otóż jest autobus o numerze 444 jeżdżący całkiem często na trasie Ejlat – Jerozolima. W przeciwieństwie do innych połączeń, ten jedzie wzdłuż Morza Martwego, przez terytorium Autonomii Palestyńskiej i jest podobno kuloodporny. Dlaczego jest to tak nietypowe oraz o samej Palestynie napiszę więcej w następnej części.

Pro tip: największym przewoźnikiem w Izraelu jest państwowa firma Egged. Poznamy ją po zielonych autobusach. Ceny mają umiarkowanie, a autobusy komfortowe. Zazwyczaj na pokładzie jest darmowy internet, a także gniazda USB do ładowania telefonu. Bilety kupimy u kierowcy (płatność tylko gotówką) lub na dworcach w kasach. Poza lotniskowym 282 nie ma zbytnio możliwości kupna przez internet – w każdym razie moje próby na stronie wyłącznie po hebrajsku spełzły na niczym. Strona egged.co.il zawiera jednak niezłą wyszukiwarkę i poda nam także koszt biletu. Autobusy jeżdżą szybko i punktualnie (choć czasem cierpi na tym komfort). Weź pod uwagę, że w przypadku braku miejsc nie zawsze się zatrzyma.

Bilet z Ejlatu do skrzyżowania prowadzącego do Ne’ot HaKikar

Baza noclegowa nad Morzem Martwym istnieje, jednak naprawdę trudno coś znaleźć dla budżetowego turysty. Postanowiliśmy więc spędzić noc w osadzie w moszawie Ne’ot HaKikar, jeszcze przed morzem. Autobus 444 niestety tam nie dojeżdża, gdyż osada jest w odległości 8 km od głównej drogi. Bezpośrednio na miejsce docierają od niedawna inne autobusy, ale kursują bardzo rzadko. W planach mieliśmy autostop, prośbę o podwózkę z hostelu lub przejście pieszo, na szczęście obsługa hostelu zgodziła się po nas wyjechać. Przystanki autobusowe, szczególnie te na skrzyżowaniach są na żądanie. Proponuję uważnie śledzić trasę na mapie i pilnować rozkładowego czasu przyjazdu, aby nie przegapić swojego postoju.

Na przystanku już czekał na nas pracownik hotelu, jak się potem okazało, właściciel. Zawiózł nas na miejsce. Moszaw Ne’ot HaKikar znajduje się obok drugiego, Ein Tamar. Są to jedne z najbardziej wysuniętych osad w kraju, leżą na południu pustyni Negev oraz tuż przy granicy jordańskiej. Obie otoczone są płotem z drutem kolczastym, a wjazdu strzeże masywna przesuwna brama i ochroniarz. Jak zeznał właściciel, jest to relikt z lat 50., ale chwilę wcześniej powiedział, że starszą wioskę założono w latach 70., a nowszą w 1984. Jadąc pokazał nam gdzie jest sklep i gdzie przystanek i po chwili dojechaliśmy na miejsce.

Moszaw a kibuc

Moszawy i kibuce są to szczególe formy osadnictwa żydowskiego. Możemy je porównać do spółdzielni. Osiedla różniły się od siebie ze względu na organizację pracy i własności. W kibucu zarówno ziemia, środki produkcji i zyski były wspólne. Jest to jedna z niewielu socjalistycznych idei która dotrwała do dziś, bo kibuce w Izraelu funkcjonują do tej pory i mają się dobrze – być może dlatego, że przynależność do nich jest dobrowolna. Innym rodzajem osady był moszaw. W zależności od rodzaju, może to być praca na własny rachunek, ale na wspólnej ziemi lub praca na własnej ziemi, ale z równym podziałem zysków pomiędzy uczestników.

Moszawy i kibuce oprócz roli gospodarczej pełniły także role kulturowe. W młodym, bo powstałym po II wojnie światowej państwie Izrael, jego mieszkańcy mieli możliwość nauki wspólnej pracy dla wspólnego dobra i celu – cechy szczególnie pożądane dla tworzącej się państwowości. Zanim to nastąpiło, kibuce były także zakładane w innych krajach. Jeden z nich nawet funkcjonował w XX-leciu międzywojennym pod nazwą Hechaluc na warszawskim Grochowie.

Shkedi Camp Logde

Dobry wieczór

Nocleg w wybranym obozie nie był tani, jak materac z pościelą we wspólnym pokoju, jednak to, co zobaczyliśmy, rzuciło nas na kolana – pozytywnie! Miejsce zorganizowane jest na wzór hipisowskiej komuny z ciepłych stanów w USA. Całość niesamowicie klimatyczna. Bar, hamaki, kanapy w trzcinowym pawilonie, wszystko delikatnie podświetlone, żadnych jarzeniówek, jak to w ościennych krajach mają w zwyczaju.

Po prawej piłkarzyki, po lewej COŚ, co podobno nawet jeździ. Patrząc na to przychodzi na myśl, ze nie tylko warzywka uprawia się w tym moszawie 😉
Samochód z obciętym dachem i poduszkami. W lato do środka wlewa się wodę i jest basenik dla gości 🙂
Seria hamaków. Oprócz walorów relaksacyjnych mają także znaczenie praktyczne, chronią korzystającego przed skorpionami.

Nocleg był w drewnianych przewiewnych domkach, które wyposażone były jedynie w podłogę, dach, materace i gniazdka elektryczne. Poza nami w naszym domku nie było jednak nikogo, a do czystej pościeli dołączono nawet małe szamponiki w napisem Dead Sea. To pewnie najlepsze panaceum na wściekłe upały panujące tu latem. Gości było niewiele, zaledwie kilka osób, przeważnie z Niemiec. W ogóle, paradoksalnie jest to dość popularny kierunek podróży dla Niemców. W tak pięknych okolicznościach przyrody, idealnej temperaturze i kojących widokach wykończyliśmy nasze wolnocłowe zapasy.

Pora nad morze

Następnego dnia mieliśmy dostać się nad Morze Martwe. Rzut oka na mapę pokazuje dwie możliwości na terenie Izraela – miejscowości Ein Bokek i Ein Gedi. Kolejne są już na terytorium palestyńskim. Pierwszy autobus z moszawu do Ein Bokek odjeżdżał o 8 rano, kolejny o 15. Alternatywą było dostanie się autostopem do głównej drogi i złapanie często kursującego 444 stamtąd. Aby zdążyć na autobus o 8 należałoby wstać o 7. Nie wiem dla kogo takie połączenie, ale musiałbym być pozbawiony RiGCz (Rozumu i Godności Człowieka), aby ewakuować się o tak barbarzyńskiej porze z tak miłego miejsca. Wstaliśmy więc zgodnie z rytmem biologicznym i po wizycie w sklepie i śniadaniu zaczęliśmy szykować się do wyjścia.

Obóz od strony ulicy. Trzcinowy płot z furtką, na maszcie powiewa flaga Izraela, a cień zapewniają rozłożyste drzewa.
Główna aleja w Ne’ot HaKikar, prowadząca do sklepu. Pogoda jak drut!
Sklep osiedlowy. W ofercie także piwo, można płacić kartą. Najkorzystniejsze ceny mają lokalne produkty.
Droga jak na pustyni w Arizonie w Ameryce Północnej, a to pustynia Negew w Azji Zachodniej
Drogowskaz Shkedi’s Camp Lodge w dwóch językach, aby nikt nie przegapił wejścia do obozu
Popijając poranną kawę rozmyślam nad sensem życia
Wskutek niewielkich efektów wspomnianych rozmyślań przeniosłem się na hamak. Zdjęcie zawiera lokowanie produktu (mnie) 🙂

Tu z ofertą wyszedł właściciel hostelu, akurat wybierał się samochodem do Ein Bokek kilka minut po jedenastej i jeśli chcemy to nas zabierze. Trudno by było o ofertę bardziej wpasowującą się w nasze potrzeby – zatem po kolejnej godzinie popijania darmowej herbaty z kuchni zasiedliśmy w jego samochodzie i ruszyliśmy w drogę do Ein Bokek.

Przemysł nad Morzem Martwym

Podróż okazała się ciekawa. Przejechaliśmy wzdłuż basenów – odstojników z wodą z Morza Martwego. Okazuje się, że woda ta jest bardzo bogata w cenne minerały, nie tylko sól. Tutaj znajdują się instalacje, przy pomocy których uzyskuje się potas i inne surowce. Rozmiar tej przemysłowej maszynerii robi wrażenie. W celu efektywnego transportu zbudowano taśmociąg o długości 19 km na zachód, do miejscowości Dimona. Stamtąd linią kolejową surowiec jest przewożony do basenu Morza Śródziemnego.

Ciężarówka na wale

Niedaleko Dimony i taśmociągu, mapy Google sygnalizują obecność centrum badań nuklearnych, ze stosownym reaktorem w środku. Izrael oficjalnie nie przyznaje się do posiadania broni nuklearnej, ale też temu nie zaprzecza. Mając tak wiele silnych i wrogich sobie państw dookoła, być może nie warto rozwiewać wątpliwości.

Morze podzielone jest na pół pomiędzy Izrael a Jordanię. Po drugiej stronie Jordańczycy także pozyskują surowce, jednak, jak stwierdził kierowca, nie tak dobrej jakości. Po kolejnych kilkunastu kilometrach baseny skończyły się, a rozpoczęło morze. Nie jest to morze w potocznym rozumieniu, raczej jezioro, gdyż z łatwością dostrzegamy drugi brzeg. Na północy jednak znajduje się jeszcze mniejsze, morze Galilejskie. Niegdyś te akweny były większe, jednak z roku na rok ich powierzchnia zmniejsza się. Jako, że jest potężna depresja, najniżej położone miejsce na świecie, woda spływa z okolicznych źródeł, ale już nigdzie nie odpływa, bo musiałaby płynąć pod górę. Wskutek mocnej operacji słonecznej woda odparowuje, jednak zawarte weń minerały pozostają. Ich stężenie jest tak potężne, że nie jest w stanie tu rozwinąć się żaden żywy organizm, poza jakimiś pierwotnymi formami mikrobów. Stąd też nazwa, Morze Martwe.

Wskutek produkcji przemysłowej, działania natury i wykorzystywania zasobów wodnych rzeki Jordan przez Syrię i Liban, morza z roku na rok ubywa. W planach jest projekt poprowadzenia 180 km rurociągu z Morza Czerwonego w Ejlacie, aby dostarczyć świeżą wodę i nie dopuścić do całkowitej degradacji akwenu.

Ein Bokek

Plaża, a w tle hotele sieci Isrotel, potentata na lokalnym rynku
Ein Bokek stale rozbudowuje się, nawet na plaży trwały prace remontowe.

Tymczasem znaleźliśmy się w miejscowości Ein Bokek, największej izraelskiej nad tym morzem. Miejsce typowo turystyczne, z wieloma hotelami i pięknie zorganizowaną, darmową strzeżoną plażą. Stężenie soli i innych minerałów w wodzie sprawia, że nawet osoby nieumiejące pływać z łatwością utrzymują się na powierzchni i mogą w spokoju czytać gazetę. Z drugiej jednak strony pod żadnym pozorem nie wolno zanurzać głowy po wodą, ani nawet dopuszczać do jej kontaktu z twarzą. Zabronione jest też pływanie na brzuchu, bo wiele osób ma potem problemy z obróceniem się. Aby nie pokaleczyć stóp, do wody najlepiej wchodzić w klapkach lub specjalnych butach, albo korzystając z przygotowanych zejść z balustradami. Woda tak niebezpieczna, posiada także wiele właściwości leczniczych, choćby dla osób cierpiących na choroby skóry. Jeśli zaczerpnąć dłonią po dnie, wyciągniemy garść krystalicznej soli – jest to zatem roztwór przesycony.

Piasek w intensywnym żółtym kolorze kontrastuje z turkusową wodą
Inna perspektywa. Słońce niedługo schowa się za pasmem górskim.

Jak wygląda Morze Martwe po jordańskiej stronie – przeczytaj wpis o wyprawie do Jordanii: Jordania / Amman i Morze Martwe – oaza spokoju w niespokojnym regionie

Jest to najniżej położone miejsce na świecie, które nie znajduje się pod wodą. O splendor ten walczy także położona naprzeciwko Jordania, prawda nomen omen leży pośrodku. Przy depresji poniżej 400 metrów pod poziomem morza, panuje zawsze wyższe ciśnienie atmosferyczne, ok. 45 hPa więcej. Oznacza to, że człowiek ma dobre samopoczucie, co w połączeniu z działaniem soli i innych minerałów działa kojąco na ciało i duszę.

Gdyby ktoś przypadkowo zapomniał w jakim jest kraju, to flaga uprzejmie przypomina

W Ein Bokek na plaży dostępny są poidełka, internet, prysznice, toalety, parasole. Infrastruktura na wysokim poziomie, nadal się rozbudowuje. Hotele międzynarodowych (Crowne Plaza) i krajowych (Isrotel) sieci. Jest też centrum handlowe, a w nim szeroki wybór kosmetyków i innych specyfików powstałych na bazie bogactwa naturalnego pobliskiej kałuży. Na części plaży znalazły się nawet palmy, co wydało mi się dość dziwne biorąc pod uwagę lokalny ekosystem – po dokładniejszej inspekcji okazało się jednak, że są sztuczne. Nie wszystkie jednak, bo wiele położonych w oddaleniu od brzegu miało tabliczki ostrzegawcze w trzech językach, aby nie pić specyfików którymi nawadniane są drzewa.

Tłumów nie ma, sztuczne palmy w skrzynkach czekają smętnie na swoje 5 minut
Widok na północ. Krajobraz raczej jednorodny.

Nayciwszy nozdrza i oczy unikalną atmosferą miejsca popadłem w błogi spokój. Słońce chylące się powoli ku zachodowi, w Ein Bokek zachodzi duży szybciej – zasłaniają je góry. Pod tym względem atrakcyjniejsza jest część jordańska. Wraz ze zniknięciem słońca temperatura zaczęła obniżać się przypominając, że daleka droga przed nami. Po ogarnięciu się złapaliśmy autobus 444 i wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Kolejnym przystankiem na trasie autobusu była miejscowość Ein Gedi, tuż przed wjazdem do Palestyny. Reklamowana jako najniższy punkt na ziemi, -426 m ppm. Oprócz parkingu ze stosowną tablicą oraz osadą kilkaset metrów powyżej nie zauważyłem tam niczego szczególnie godnego uwagi, ale na dworze ściemniało się, więc mogłem coś przeoczyć. Faktycznie przeoczyłem, bo znajduje się tam niewielki park narodowy, z wodospadem Dawida. Dostęp do morza jest tu także możliwy, jednak dla koneserów kąpieli i plażowania zdecydowanie lepszym wyborem będzie resort Ein Bokek.

Do widzenia

Dodatek multimedialny

Na koniec tradycyjnie film:

Zrobiło się już zupełnie ciemno, gdy wjechaliśmy do Palestyny. O tym dokąd dojechaliśmy i w jaki sposób, dowiesz się z kolejnego odcinka. Dzięki za przeczytanie!